Czasy masowych poszukiwań arystokratycznych korzeni i szlacheckich herbów mamy chyba za sobą. Dziś nadal w wielu rodzinach poszukuje się informacji o przodkach, ale czynią to już tylko prawdziwi pasjonaci. Nic dziwnego. Jak mówią członkowie Ostrowskiego Towarzystwa Genealogicznego, nie jest to bowiem sprawa prosta; wymaga systematyczności i zaangażowania czasowego. Jak przekonują, warto jednak znaleźć ten czas.
Nie ma
na co czekać
Pierwszym i podstawowym źródłem informacji powinny być relacje najstarszych osób z rodziny. Jak przekonuje Maciej Kowalczyk, prezes OTG, nie ma jednak na co czekać.
- Często słyszę zdanie w stylu: „ja dzisiaj nie mam czasu, ale zajmę się tematem na pewno, gdy będę na emeryturze” - mówi Maciej Kowalczyk. - Nie ma bardziej błędnego podejścia do sprawy. To jakby celowe i świadome pozbywanie się jednego z podstawowych źródeł informacji, jakim jest przekaz rodzinny. Czekamy, aż wymrą ci, którzy mogą coś jeszcze pamiętać, a potem zajmujemy się odtwarzaniem ich losów. Zupełnie niepotrzebna robota. Do tego pozostajemy z suchymi informacjami w postaci danych metrykalnych, bez znajomości ważnych faktów i opowieści z historii rodziny.
Rozmowa z najstarszymi, na przykład z babcią, to gwarancja dotarcia do informacji na temat czwartego pokolenia, czyli pradziadków i pewna szansa na informacje o dziadkach babci. Dalej rzadko w której rodzinie uda się tą drogą ustalić informacje o przodkach.
Co później?
Tu z pomocą przyjść mogą publikacje książkowe. Współczesną genealogię w Polsce zainicjowała publikacja Rafała Prinke „Poradnik Genealoga Amatora”.
- Szczerze powiem, że właśnie ta książka usystematyzowała moje poszukiwania - mówi Maciej Kowalczyk. - Gdy zaczynałem, miałem takie pojęcie, jak pewnie większość Polaków: że trzeba iść na parafię do księdza i tam już w księgach wszystko będzie zapisane. Okazuje się, że to wcale nie jest taka prosta sprawa.
Jak mówią członkowie Towarzystwa, „Poradnik genealoga amatora”, który właśnie doczekał się wznowienia, powinien być podstawową lekturą zainteresowanych rodzinnymi korzeniami.
- Lektura tej książki bardzo pomaga, ponieważ tu przedstawione są metody poszukiwań dosłownie krok po kroku - mówi Maciej Kowalczyk.
- Na uwagę zasługuje również publikacja Małgorzaty Nowaczyk „Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego” - dodaje Marian Nowak, wiceprezes OTG. - Ciekawą recenzję tej publikacji, dającą wyobrażenie o jej nieocenionej wartości, przedstawił Rafał Reszel w IV tomie „Rocznika OTG”.
Po pierwsze:
USC i archiwum
Z pewnością ustalenie daty urodzin babci i dziadka w większości rodzin nie będzie problemem. Mając takie dane możemy w Urzędzie Stanu Cywilnego dotrzeć do ich aktu urodzin i na jego podstawie ustalić dane personalne pradziadków.
To właśnie w Urzędzie Stanu Cywilnego przez sto lat przechowywane są akty urodzeń, małżeństw i zgonów. Po tym czasie dokumenty trafiają do Archiwum Państwowego.
- Ostrów nie jest ośrodkiem, który posiada swoje archiwum - mówi Aneta Franc, historyk, członek Ostrowskiego Towarzystwa Genealogicznego. - To niestety utrudnia poszukiwania. Dokumentów z naszego regionu szukać trzeba albo w Kaliszu, albo w Poznaniu.
- W Archiwum z dokumentów korzystamy w sposób podobny jak w czytelni w bibliotece: na odpowiednim formularzu zamawiamy księgę z lat, w których urodzili się, zawierali małżeństwa, czy też umierali nasi przodkowie - mówi Aneta Franc dodając, że tego typu wizyta nie będzie nas nic kosztowała. Archiwum jest instytucją publiczną, więc korzystanie z niego jest bezpłatne. - Gdy natrafimy na interesujące nas informacje, możemy je zeskanować lub skserować i w ten sposób otrzymujemy punkt wyjścia do kolejnego etapu poszukiwań.
- Urzędy Stanu Cywilnego w zaborze pruskim wprowadzono w 1874 roku - dodaje Maciej Kowalczyk. - Dzięki skorowidzom zawierającym nazwiska osób, których dotyczą akty urodzin, małżeństw i zgonów, do tego okresu możemy cofnąć się stosunkowo bez trudu.
Maciej Kowalczyk celowo używa słowa „stosunkowo”, bowiem czasami odszyfrowanie ręcznych wspisów w księgach jest niezwykle trudne. Pomocna, by nie napisać, że niezbędna, jest choć podstawowa znajomość języka niemieckiego.
A co z danymi starszymi?
- Świecka rejestracja na ziemiach polskich została wprowadzona w czasach napoleońskich w 1808 roku - mówi Maciej Kowalczyk. - Warto jednak zaznaczyć, że wówczas powierzono ją w ręce duchownych.
- Najstarsze księgi znajdują się w archiwach poznańskich - dodaje Aneta Franc. - Ponieważ księgi były niejako dublowane dla potrzeb administracji państwowej, jak i kościelnej,dokumentów można poszukiwać i w poznańskim archiwum państwowym i archidiecezjalnym.
Na parafii?
- Tak jak już Maciej mówił, istnieje powszechne mniemanie, że wystarczy pójść do księdza, przejrzeć księgi i drzewo genealogiczne gotowe - mówi Aneta Franc. - Wcale tak jednak nie jest. Są wprawdzie parafie, dla których zachowały się księgi metrykalne sięgające wstecz nawet kilka wieków. Na przykład księgi parafii skalmierzyckiej sięgają aż do XVI wieku! Księgi na Dobrzecu prowadzone są od 1747 roku, ale już w Ociążu dopiero od 1795. Tych dokumentów nie odnajdziemy jednak u proboszcza w Skalmierzycach, Dobrzecu czy Ociążu.
Proboszczowie przekazują stare księgi do archiwum archidiecezjalnego i tam są one udostępniane w postaci mikrofilmów. W parafiach pozostały zaś metryki sięgające w najlepszym razie stu lat wstecz. Oczywiście czasami można znaleźć na parafii nawet XVII wieczne księgi, których jeszcze do archiwum nie przekazano, ale to są wyjątki.
A dalej?
Czy archiwa kościelne to kres naszych poszukiwań? Okazuje się, że niekoniecznie. Informacje o przodkach przy odrobinie szczęścia znaleźć można na przykład w księgach sądowych.
- Te dokumenty są jednak tak trudno czytelne, że doświadczeni genealodzy, a nawet zawodowi historycy mają nierzadko problem, aby rozszyfrować i zrozumieć ich treść - mówi Aneta Franc.
- W przypadku chłopów na ślad przodków trafić można przeglądając inwentarze dóbr szlacheckich, wymieniające także wszystkich mieszkańców wsi - dodaje Maciej Kowalczyk.
Uwarunkowania
historyczne
Odnajdując kolejne fakty z życia rodziny trzeba patrzeć na nie przez pryzmat historii.
- Zdarza się, że odkrywamy, że któryś z naszych przodków nie umiał podpisać się na dokumencie i nagle tragedia rodzinna - pochodzimy z niewykształconej rodziny! - mówi Aneta Franc. - Albo przeglądając dokumenty okazuje się, że naszemu pra- pradziadkowi zmarła piątka dzieci. Kolejna tragedia! Jeśli jednak zna się podłoże historyczne, jeśli zna się realia epoki, to takie rzeczy stają się oczywiste. Znajomość pisma w minionych wiekach nie była powszechna, a w wielodzietnych rodzinach, które wówczas przeważały w naszym społeczeństwie, śmiertelność wśród dzieci była bardzo wysoka.
Szukać?
- Nie chcę nikogo zniechęcać, ale osoba nieprzygotowana, która idzie pierwszy raz do archiwum i liczy, że „coś” znajdzie, jest w grubym błędzie - mówi Maciej Kowalczyk. - Dlatego warto najpierw przeczytać jakąś książkę, zasięgnąć rady choćby u członków naszego stowarzyszenia. Bo to, czy warto szukać, naszym zdaniem jest jest oczywiste. Proszę mi wierzyć, że gdy nagle odkrywa się w dokumentach jakiegoś przodka, potrafi to dać ogromną satysfakcję, rekompensującą nierzadko długotrwałe i żmudne poszukiwania. Odnaleźliśmy imię i nazwisko człowieka, który – choć żył 200 lat przed nami – przyczynił się do tego, iż my znaleźliśmy się na świecie. I niezależnie od tego, czy był on szlachcicem, mieszczaninem, czy chłopem, zasługuje na pamięć.
W przeszłość
Jak daleko udało się sięgnąć w przeszłość naszym rozmówcom?
- Jeśli chodzi o księgi metrykalne, to dalej już sięgnąć nie mogłem - mówi Marian Nowak. - Dotarłem do 1747 roku, ale natrafiłem także na wątek rodzinny sięgający 1593 roku.
- Mnie udało się dotrzeć do czasów saskich - mówi Aneta Franc. - Najstarsze dokumenty dotyczące mojej rodziny pochodzą z początku XVIII wieku.
- Ja dotarłem do drugiej połowy XVIII stulecia, a dalsze badania bardzo komplikują dwa problemy - mówi Maciej Kowalczyk. - Pierwszy to pospolitość nazwiska, a drugi to zestaw imion moich przodków z rodu Kowalczyków: Józef i Marianna, które też były bardzo popularne i przewijają się w dwóch sąsiadujących ze sobą parafiach. Utrudnia to jednoznaczne zidentyfikowanie pary moich protoplastów.
Przyszłość
genealogii
W dzisiejszych czasach łatwość gromadzenia informacji oraz praktycznie nieograniczona ilość danych, jaką możemy zapamiętać na stosunkowo niewielkich nośnikach połączona z licznymi skomputeryzowanymi bazami danych powodują, że nasi potomkowie będą mieli ułatwione zadanie w ewentualnym odtwarzaniu swoich korzeni. Czekają na nich jednak inne pułapki, których nie było w przeszłości.
Jak na przykład swoich przodków poszukiwać ma dziecko urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro? Czy skazane jest z definicji na jedną tylko gałąź przodków? Czy może powszechność badań DNA pozwoli na określenie jednak i drugiej gałęzi drzewa, z której pochodzi?
Problem podobnej natury, tylko dokładnie z drugiego bieguna, mają dzieci adoptowane. Czy szukając swoich rodzinnych korzeni powinni zainteresować się drzewem genealogicznym swoich przybranych rodziców, czy raczej poszukiwać tych prawdziwych - biologicznych?
Kryzys instytucji małżeństwa połączony z patologią z pewnością nie ułatwia życia genealogom. Czy w związku z takich rozwojem genealogia współczesna skazana jest na zagładę i ograniczy się jedynie do badań sięgających daleko wstecz? Póki co pasjonatów poszukiwań rodzinnych tradycji nie brakuje.
autor: Krzysztof MACIEJEWSKI